Skandynawia






Autor w trakcie podróży. Galeria zdjęć dostępna jest niżej

Poniedziałek

Wyjazd z Jeleniej Góry w dniu 12.06.95 r o godz. 22.30. Prom ze Świnoujścia odpłynął o godz. 11.30 do Malmo.

Wtorek

Malmo - Lomma. Podróż promowa odbyła się bez specjalnych wrażeń. Z niepokojem patrzyłem w niebo. Było chłodno. Przez okna kafeterii statku Nieborów widziałem czarne chmury, wiszące tuż nad powierzchnią morza. Padał deszcz. Po dopłynięciu do Szwecji, zupełnie nie zatrzymywany przez strażników, wsiadłem na rower i przejechałem jeszcze ok. 10 km. W miejscowości Lomma przenocowałem na Kampingu.

Środa

Rano obudził mnie łomot deszczu o tropik namiotu. Leżałem wygodnie, zastanawiając się, kiedy przestanie padać, i czy w ogóle siądę na rower. Nie chciałem składać mokrego namiotu. Jednak o 10.00 przestało padać, szybko zwinąłem manatki i wyruszyłem w drogę. Kolejno: Lomma, Korlinge, Laholm, Halmstad, Ugglarpsharbat. Zawsze staram się tak planować trasę, aby nie wpakować się w jakieś duże miasto, z jego labiryntem ulic. Pędziłem dzisiaj jak szalony, traktując etap czysto sportowo, koncentrując się już na pierwszym celu podróży, czyli Oslo. Krajobrazy widoczne z przodu, z prawej i lewej strony drogi, szybko znikały za mną, w tyle zostawały miejsca, których prawdopodobnie już nigdy nie odwiedzę. Niestety nie było czasu na dłuższe postoje. Skandynawia jest droga. Pamiętam tylko całe mnóstwo ślicznych osiedli ze sterylnie utrzymanym otoczeniem, trawnikami, ogródkami, płotkam. W ładnym miasteczku Laholm zatrzymałem się na chwilę i zrobiłem zakupy. Etap ten liczył 183 km.

Czwartek

Ugglarpsharsbad , Falkenberg, Umared, Svenljunga, Boras. Ten etap nazwałem leśnym, bo jechałem przez niekończące się lasy. Piękne drzewa, piękne jeziora po drodze. Cały dzień na rowerze, długie etapy. Musiałem zabrać ze sobą sporo rzeczy. W sumie byłem samowystarczalny. Sakwy na tylnym i przednim bagażniku.Namiot, śpiwór, nieprzemakalna plandeka na plecy, menażki, ciepłe ciuchy, jedzenie (przeważnie makaron i ryż), kuchenka na benzynę. Trochę ciężko. Ale za to, kiedy zatrzymywałem się w jakimś miejscu, wszystko miałem pod ręką i nie musiałem wydawać cennych koron. I tym razem, nad jeziorem, jadłem swoje spagetti i podziwiałem przyrodę. Obiad smakował podwójnie z powodu ładnych widoków w okolicy parkingu. Późnym wieczorem, w leśnej głuszy, na dziko, rozbiłem namiot. Przed snem wsłuchiwałem się w odglosy puszczy i szum strumienia. Zmęczony, szybko zasnąłem. Po przejechaniu 127 km przyszło mi to z łatwością.

Piątek

Spałem jak zabity. Cisza, spokój. Obudził mnie śpiew ptaków i . . . deszcz. Wcześnie rano. Nie wstając z łóżka, w półleżącej pozycji przygotowałem sobie śniadanie. Płatki na mleku, kanapki z serem, herbata.Pomidory, jabłko. Prymus podczas gotowania ogrzał mi namiot, więc zrobiło się przyjemnie. Jak zwykle postanowiłem przeczekać złą pogodę. Szosa nie zając, nie ucieknie. Pospałem jeszcze z godzinkę, przestało padać, zwinęłem namiot, załadowałem bagaże i nacisnęłem na pedały. Ciągle przez las, pewne trudności sprawiały pagórki po drodze. Około 20.00 dojechałem do ładnie położonego nad jeziorem miasta Vanersborg. Zatrzymałem się chwilę w kameralnym porcie, usytuowanym przy ujściu słynnego kanału Gota. Kiedy przejeżdżałem przez duży zwodzony most nad kanałem i spojrzałem na jezioro jęknęłem z zachwytu. Przecież to morze w środku lądu! Rzeczywiście, Vanern to największe jezioro w Szwecji. Próbowałem znaleźć w okolicy kamping z przystępnymi cenami. Jednak Po kilku podejściach zrezygnowałem, bo niestety okazało się za drogo, jak na moje możliwości. Ponieważ było widno jak w dzień, ruszyłem dalej szukając jakiejś leśnej polanki na nocleg. Z tym w Skandynawii nie ma problemu. Można nocować pod namiotem prawie wszędzie, byle nie zostawić po sobie śmieci i nie zakłócić ciszy, życia zwierząt czy ludzi. Wylądowałem przy drodze, niedaleko miejscowości Radenefors o godz. 23.00. Dzień wykorzystałem maksymalnie, a przejechałem 160 km.

Sobota

Dziś wjechałem do Norwegii. Ale najpierw jeszcze jazda przez nieskończone lasy na terenie Szwecji. Piękne widoki, po drodze wiele jeziorek, Po obu stronach pustej szosy ciągle się coś błyszczało. Jakieś bagna, mokradła. Byłem na szosie sam całymi godzinami, po prostu jechałem przez odludzie. Kojarzy mi się to z Kanadą, w której byłem niedawno temu. Czasem natykałem się na pojedynczy czerwony domek wiejski. Tylko tyle.

Przekroczenie granicy szwedzko-norweskiej było dla mnie niespodzianką. Nie zauważyłem żadnej budki strażniczej czy szlabanu. Wcale bym się nie zorientował, gdyby nagle drogowskazy nie zmieniły koloru zniebieskich na żółte. Okazało się, że przejścia granicznego w naszym pojęciu (strażnica, budynki celne, celnicy, sprawdzanie paszportów) wcale nie było. I dalej przez las. Jeszcze małe zakupy w mieście Holden i na nocleg pod choinkę. Dystans 134 km.

Niedziela

Pogoda od rana iście norweska. Leje jak z cebra. Przyzwyczaiłem się już do porannego stukania kropel deszczu tuż nad głową. Powiedziałbym nawet, że zaczęło mi to sprawiać przyjemność. Leżę sobie w śpiworze, w kościach przejechana droga i resztki snu. Nie ma radia, nie ma telewizora. Odgłosy deszczu zastępują muzykę i wcale nie jest źle! Choć namiot znowu mokry, to przecież w końcu kiedyś wyschnie. I można będzie jechać dalej. Mam dzisiaj krótszy etap przed sobą. Do Oslo zostało mi tylko 100 km. A więc mogę się ruszyć nawet o 12.00 i też zdążę na miejsce przed zmrokiem. Sprawa dyskusji. Słońce na północy świeci długo. Gdzie granica między nocą a dniem. Tak czy inaczej zastanawiam się ile dni w roku tu nie pada. Cięgle muszę przejeżdżać pod jakąś rynną deszczu. Moja peleryna oddaje nieocenione przysługi. Jadę suchy, woda kapie na zewnątrz, błotniki na rowerze i tak zwany chlapacz przy przednim kole zabezpieczają przed moknięciem. Jechałem następującą trasą; Kiolen, Askim, rzeka Glomma, Krakstad, Ski, Kolbotn i do Oslo. Nie był to tak ładny widokowo etap, jak poprzednie. Ale sporym przeżyciem było przejechanie przez wielki most wiszący nad rzeką Glommą (znaną z niedawnej powodzi we wschodniej Norwegii). Rzeka ogromna a rwąca jak górski potok. Potok, gigantycznych rozmiarów (w tym miejscu jego szerokość wynosi około 200 m). Byłem pod wrażeniem. Nie ruszałem się, nie mogąc oderwać wzroku od burzliwego nurtu. Przy moście elegancki bar szybkiej obsługi z gorącymi daniami. Ceny astronomiczne na kieszeń instruktora z Polski. Zrobiłem kilka zdjęć w tym miejscu i pojechałem dalej. Zanim osiągnąłem cel, ruch na drodze wzmógł się bardzo. Z kłopotami znalazłem drogę przez przedmieścia stolicy Norwegii. Gubiłem się w gąszczu ścieżek rowerowych. Jednak klucząc jakiś czas, udało mi się w końcu przejechać centrum Oslo, pięknie położonego na wzgórzach przy Oslofordzie.

Bardzo późno (nie ominął mnie także defekt - złapałem gumę), dotarłem do Rikkin, dzielnicy Oslo, gdzie mieszkają moi znajomi Grażyna i Romek. Po kilku dniach biwakowania i korzystania z lodowatej wody w jeziorach i strumieniach, wzięłem wreszcie gorący prysznic, który wydał mi się rzeczą najpiękniejszą na świecie.

Poniedziałek

Długo spałem, śniadanie zjadłem późno. Zrobiłem porządki w sakwach rowerowych, wyprałem koszulki kolarskie, zrobiłem przegląd roweru, załatałem dziurę w dędce. Po południu odbyłem spacer po Rikkin. Przy posiłkach nieustanne rozmowy z gospodarzami o Polsce i wspólnych znajomych.

Wtorek

W planie kilka dni w Oslo. Dzisiaj rano pojechałem do Sandviki rowerem uwolnionym od bagażu, lekkim jak piórko! Zaliczyłem piękny spacerowy trakt wokół wyspy Kalvoya. Z brzegu oglądałem pływające po Oslofiordzie żagłowki i kajaki. Po południu zwiedziłem skocznię olimpijską oraz park Frogner, w którym znajdują się rzeźby z kamienia norweskiego artysty Gustawa Vigelanda.

Środa

Dzień obfitował w atrakcje. Zwiedziłem centrum Oslo, byłem przy Pałacu Królewskim, Zamku Akershus i w porcie. Po południu pojechałem wraz rodziną Romka do ambasady Polski na rozdanie świadectw Polskiej Szkoły Sobotniej w Norwegii. Swoje świadectwo odbierał Maciek. Na zakończenie odwiedziliśmy plantację truskawek.

Czwartek

Kolejna wycieczka rowerowa, tym razem pojechałem na wyspę Bydgoy i zwiedziłem muzeum Kon-Tiki, RA II, obejrzałem różne eksponaty i galerie fotografii związane teorią i wyprawami Thora Heyerdala. Ponadto obejrzałem muzeum statków Wikingów oraz muzeum statku Fram (statek ten dotarł do bieguna południowego). Po raz drugi pojechałem do Holmenkollen. Przy okazji niezły trening, około 60 km.

Piątek

Wycieczka rowerowa do centrum wiejskiego nad rzeką Lomma, zwiedzanie doliny. Fotografowałem zabudowę. Ciekawe osiedla na stromych zboczach skalnych. Domki jednorodzinne i większe bloki mieszkalne powtykane między ściany skalne wyglądają jak jaskółcze gniazda z daleka. Zwiedziłem także ośrodek narciarski na górze Kolsos.

Sobota

Rano zakupy w markecie w Rykkin. Filmy do aparatu fotograficznego i inne. Nieco później grałem z Maćkiem w tenisa. Pogoda ustaliła się na plus. Pełne słońce, może trochę za gorąco. Późnym wieczorem nastąpił wyjazd w kierunku słynnych fiordów. Najpierw jednak miałem okazję spędzić noc w oryginalnej hyttcie norweskiej położonej na trasie przejazdu. Wielu Norwegów spędza dużo czasu w swoich chatkach po pracy. Jest to tradycja w tym kraju ? Norwegowie uważają, że najlepszy wypoczynek jest na łonie natury. Nasza hytta była wspaniale wyposażona, jak w domu. Kuchnia, łazienka, telewizor oczywiście. Położona dość wysoko, bo na wysokości 800 m. Schowana głęboko w lesie. Dojść do niej (po pozostawieniu samochodu na polance odległej o kilkaset metrów) można było tylko jedną ścieżką ledwie widoczną pomiędzy drzewami. Rozmowy i wspomnienia z pobytu w Polsce. Zasnęliśmy po sutej kolacji. Zapodziani w gąszczu wielkiego lasu, oddychaliśmy pełną piersią, chłonąc rześkie górskie powietrze.

Niedziela

Wyjechaliśmy z hytty o godz. 8.00. Podróż przebiegała bardzo dobrze. Jechaliśmy równiutkimi jak stół, świetnie utrzymanymi szosami. W ciagu tego dnia przekonałem się, dlaczego Norwegię nazywa się krajem górzystym. Między Oslo i Flam pokonywaliśmy nieskończone serpentyny. Droga wiła się wśród wąwozów, prowadziła na szczyty, by później opadać w doliny, trawersować strome zbocza, przecinać góry w tunelach. Wjeżdżaliśmy na płaskowyż leżący na wysokości 1200 m. w śnieg i lód (czerwiec!) a następnie turlaliśmy się w dół, do Aurlandsfiordu. Nigdy jeszcze nie przeżywałem czegoś podobnego. Dziesiątki tuneli wykutych w litej skale. Karkołomne zakręty o 180 stopni, czasem wąskie i niebezpieczne. Przykry zapach rozgrzanych okładzin hamulców samochodu. Ale, gdzie nie spojtrzeć wspaniałe widoki. Obok drogi wodospady. Woda z hukiem leci w dół wytwarzając wilgotną chmurę, w której załamują się promienie słońca. Tęcza, tęcza! I wreszcie za kolejnym zakrętem otwiera się przestrzeń. Jest murek i przepaść. A w dole widać fiord. Z tej wysokości wygląda jak rzeka. To widok prawie jak z samolotu. Jednak wiemy, że jest wielki. I długi. Jest w górach, a można popłynąć nim do morza. Widzę fiord, na własne oczy! Że też udało mi się doczekać takiej chwili!

Zatrzymaliśmy samochód. Rozmawiamy chwilę, patrząc w dal, na piękną polodowcową krainę. Natura dokonała tu gigantycznej pracy, przecinając skały, żłobiąc w ziemi bezdenne rowy. Jeszcze trochę i jesteśmy we Flam, małej, cichej mieścinie. Po Aurlandfiordzie płyną pełnomorskie jachty, wielkie statki białej floty, małe motorówki z turystami. Płyną na tle olbrzymich pionowych skał. Pasażerowie kręcą się na pokładzie. Krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Brzegi są wysokie, ale gdzie niegdzie widać zatoczki i bardziej płaskie fragmenty, zielone plaże. Urozmaicony krajobraz podziwia się na stojąco. Trzeba mocno zadzierać głowę, aby dojrzeć ich górne, poszarpane krawędzie i niebo. W niektórych miejscach skały zasłaniają słońce. W upalne dni dają przyjemny chłód. Na dole jest zielono, na górze, w czerwcu leży śnieg. W porcie przycumowane tramwaje wodne. Tuż przy statkach znajduje się stacja kolejowa. Urocza, kameralna. Od nabrzeża do dworca jest tylko krok. Można szybko przejść do wagonu elektrycznego i pojechać do Myrdal, stamtąd do Oslo lub Bergen. Ta kolej to cud inżynierskiej myśli. Tory zostały ułożone na półkach skalnych, tuż nad przepaścią. Jechaliśmy zawieszeni między niebem a ziemią. Wagoniki pociagu wpadały często w czarne czeluście wykutych w skałach tuneli. Jechaliśmy zboczami głębokiej doliny, będącej naturalnym przedłużeniem Aurlandfiordu. Momentami czuliśmy się nieswojo, ogarniał strach. Flam, które zostało nisko można było porównać do pudełek z zapałkami. A co będzie, kiedy. . . Z ulgą powitaliśmy koniec jazdy. Myrdal to mała stacyjka turystyczna położona na wysokości 1500 m. Na wypłaszczeniu kilka budynków zaledwie. Wokół góry, góry. . . Śnieg leży prawie wszędzie. Było bardzo ciepło, i to przyjemny kontrast. Bo sam widok białych zboczy chłodził. Obok torów strumień z kryształowo czystą wodą. Wcale nie chcielismy stamtąd wracać. Zauroczeni pięknem przyrody, rozgrzani emocjami wysokogórskiej wspinaczki kolejowej.

Do Flam jechaliśmy trasą: Oslo, Drammen, Amot, Skartum, Eggedal, Leine, Aurland.

Powrót odbywał się inną drogą: Flam, Laerdalsoyri, Borgund, Vang, Fagernes, Honefoss, Rykkin. W sumie 750 km. Znowu pięknymi serpentynami. Z Aurland (z dna doliny, gdzie woda jest na poziomie morza) pięliśmy się w górę waską drogą, gdzie można było dostać choroby morskiej. Czasami samochody mijały się na niej z trudnością. Znowu niezapomniane widoki na fiord i wyjazd na wysokość 1300 m. Znowu kraina lodu i śniegu. Po obu stronach drogi 3 metrowe bandy firnu. Niesamowite przeciwieństwo letniego klimatu, który panuje w dole. Jeszcze trochę jazdy i ośnieżone szczyty zostają za nami. Po drodze atrakcja; ni stąd, ni zowąd przed maską samochodu pojawia się duże stado owiec. Leniwie przechodzą szosę i znikają w skałach. Teraz ostry zjazd i stopniowo wgłębiamy się w puszczę. Lasy ciągną się kilometrami. Jeziora błyszczą tu i ówdzie. W miejscowości Borgund zatrzymujemy się, by podziwiać oryginalny, najstarszy zachowany drewniany kościółek w Norwegii z XII wieku. Po chwili jazdy zatrzymujemy się również w wiosce Vang, skąd kiedyś przewieziono w częściach podobny zabytkowy kościółek do naszego Karpacza. Do domu docieramy o północy. Jest jeszcze jasno, takie są tu noce w lecie.

Poniedziałek

Pakowanie. Pożegnanie z przemiłymi gospodarzami. O godz. 19.30 Wyjechałem z Oslo promem, kolosem linii Stena-Saga. Kurs na Frederikshavn, leżący na najdalej wysuniętej na północ części Półwyspu Jutlandzkiego. Wrażenia z podróży statkiem niezapomniane. Najpierw miałem okazję obserwować piękny zachód słońca z górnego pokładu, z wysokości 10 piętra. To tak, jakbym płynął wieżowcem. Później zwiedzałem przepastne wnętrza statku. Kina, bary, sklepy, restauracje, hotele. Istne miasto na wodzie. Wszędzie windy, labirynty korytarzy. Zgubić się można. Ostatecznie po kilkugodzinnym spacerze udało mi się dotrzeć do swojej kajuty. Wygodnej, z radiem i łazienką.

Wtorek

W Danii wylądowałem o godz. 7.45. Ponieważ śniadanie zjadłem na promie, mogłem po odprawie natychmiast ruszyć w drogę. Rower po przeglądzie, toczył się cichutko. Na szosowe wyprawy zakładam wąskie gładkie opony. Pomimo upału duński asfalt nie rozpuszczał się wcale. Po płaskim szybko przemieszczałem się na południe, cały czas tuż nad brzegiem morza (cieśnina Kattegat). Atrakcją Danii są między innymi przeprawy promowe. Pierwszą taką przeprawę miałem w miejscowości Hals za 10 koron duńskich. Jeszcze jedna przeprawa i dojechałem do Hadsund, gdzie na kempingu rozbiłem namiot. Dzisiaj przejechałem 120 km.

Środa

Z Hadsund wyjechałem o godz. 10.00. Upał utrzymuje się. Ale dość silny nadmorski wiatr łagodzi skutki wysokiej temperatury. Ogólnie etap ciekawy. Po przekroczeniu Majager Fiordu jechałem długo drogą na otwartej przestrzeni, pośród pól i łąk. Było płasko, jednak wiatr utrudniał pedałowanie. Dojechałem do pięknego miasta Randers, gdzie porobiłem zdjęcia. Droga wiodła wzdłuż brzegu morza, co chwilę napotykałem śliczne miejscowości wypoczynkowe. Przylądek Ladegard. Piękne zielone wybrzeże, pachnące różami. Kolejna przeprawa. Popłynęłem na Zelandię. Kolacja na promie a po wylądowaniu przejechałem jeszcze 4 kilometry i rozbiłem namiot na dziko nad zatoką. Zrobiło się ciemno i nie bardzo wiedziałem gdzie jestem, w kazdym razie w jakimś odludnym miejscu. Dzika, kamienista w tym miejscu plaża i morze. Przejechałem 115 km.

Czwartek

Rano, po spojrzeniu na mapę, okazało się, że zanocowałem w pobliżu wioski rybackiej Overby. Ale jak się (nie) spało! Wiejąca w ciągu dnia bryza nasilała się, a nocy zamieniła się w prawdziwą wichurę. Nie mogłem spać w hałasie. Łoskot fal uderzających w brzeg i furkoczący namiot pod wpływem gwałtownych podmuchów wiatru stanowiły niesamowitą kakofonię dźwięków. Było ciemno i groźnie. Chociaż leżałem w ciepłym śpiworze i fizycznie było mi w miarę dobrze, to jednak cienkie, ruszające się nieustannie ścianki, nie dawały poczucia bezpieczeństwa. Poprawiałem linki mocujące. Na nic się to nie zdało, bo wiatr zerwał je znowu. W końcu schowałem się w śpiwór z głową, nie zważając już na zdeformowany namiot. Bojąc się tylko, żeby z całym majdanem nie unieść się w górę. Całe szczęście, że deszcz nie padał. Liczyłem godziny do świtu i już myślałem o domu.

Wstałem o 6.00 rano z piaskiem w oczach. Wypiłem swoje mleko, zwinęłem namiot i po spakowaniu bagaży ruszyłem w drogę. Jechałem teraz przez wąski pas lądu pomiędzy Kattegat a Sejero. Nadal wiał silny wiatr. Ale tym razem był moim sprzymierzeńcem. Mój Scott jakby dostał skrzydeł, jechałem jak w transie, odcinkami z zawrotną prędkością 40 ? 50 km na godzinę. W tych warunkach szybko zapomniałem o nieprzespanej nocy. Szybko dojechałem do Roving, ładnej osady rybackiej nad Isefiordem. Tam czekała mnie krótka przeprawa promowa do Hundested. Malutki promik kołysał się ostrzegawczo na wzburzonych wodach kanału, podobny do łupiny od orzechów. Fale wdzierały się na pokład, zalewając obiektyw mojego aparatu. Zrobiło mi się nieswojo. Ale przeżyłem jakoś 25 minut podczas kursu na drugi brzeg. Moim celem było osiągnięcie tego dnia miejscowości, a właściwie dzielnicy Kopenhagi, Farum. Tam mieszkają moi znajomi Ania i Sten. Dotarłem do ich domu około 15.00. Miłe popołudnie. Obiad i spacery po okolicy. Wieczorem rozmowy, jak zwykle o Polsce.

Piątek

Rano nie chciało mi się wstawać, spałem mocno po trudach zwariowanej, poprzedniej nocy i dnia. W końcu wybrałem się w drogę o godz. 11.00. Aby zaoszczędzić na czasie (był mi potrzebny na zwiedzenie Kopenhagi przed wejściem na prom płynący do kraju), wsiadłem do podmiejskiej kolejki, która dowiozła mnie do centrum stolicy Danii. Łatwo mi to przyszło, bo rower wraz z ladunkiem wtacza się tam do pociagu z tego samego poziomu. Betonowy peron dworca dotyka niemalże podłogi wagonu. Niebywałe! Przypomniałem sobie jakich akrobacji trzeba dokonywać przy wejściu do polskich wagonów. Udało mi się zobaczyć Kopenhagę! Jednak chciałbym przyjechać tu na dłużej. Widziałem słynną Syrenkę, Zamek Królewski, nadmorskie bulwary pełne turystów. Przejazd przez miasto był łatwy dzięki dobrej sieci ścieżek rowerowych. Mogłem podziwiać zabudowę z wysokości siodełka rowerowego, rozglądanie się nie stanowiło problemu, nie trzeba uważać na samochody. Większość dróg rowerowych jest bezkolizyjna w stosunku do ulic.

Jechałem w stronę Dragor, gdzie czekała mnie 50 minutowa przeprawa do Malmo. Po drodze zatrzymywałem się jeszcze kilkakrotnie, aby fotografować te czyste i schludne miasteczko wraz z jego krytymi strzechą domkami (niezwykle częste zjawisko, sposób zabudowy na terenie Danii).

Zanim wsiadłem na prom Nieborów, który miał mnie zawieźć do Polski, zwiedziłem Malmo. Na pożegnanie ze Skandynawią obejrzałem jeszcze zawody hippiczne, które rozegrane były, o dziwo, w centrum miasta. Przy ratuszu zbudowano parkur, składający się z kilkunastu przeszkód, który wyglądał tak, jakby całe wieki był nieodłącznym elementem starówki. Pięknie wkomponowany w miejski krajobraz. Konie skakały pięknie, a publiczność zajmująca miejsca na specjalnych trybunach wokół parkuru nie szczędziła braw prowadzących je jeźdźców.

Na statku przesiedziałem całą noc. Tutaj nie miałem swojej kajuty. Nie narzekam jednak. Do Jelonki blisko. Zjadłem obiad, posiedziałem przy kawie w kafeterii, później w dyskotece. Prom był zatłoczony ale wesoły.

Sobota

Wysiadłem w Świnoujściu. A dalej pociągiem do Jeleniej Góry przez Wrocław. Realia w Polsce. Kłopot z transportem roweru. Długo musiałem prosić kierownika pociągu o zgodę na wstawienie roweru do korytarza wagonu pasażerskiego. Skład nie miał niestety wagonu bagażowego :(. Dotarłem szczęśliwie do domu.

Galeria zdjęć z wyprawy >>>

Etapy rowerowe


Wtorek - 13.06.95 r. Świnoujście - promem - Malmo. Malmo - Lomma: 10 km.
Środa - 14.06.95 r. Lomma - Korlinge - Balinge - Laholm - Halmstad - Ugglarpsharsbat : 183 km.
Czwartek - 15.06.95 r. Ugglarpsharsbad - Falkenberg - Umared - Svenljunga - Boras: 127 km.
Piątek - 16.06.95 r. Boras - Vanersborg - Radenefors: 160 km.
Sobota - 17.06.95 r. Radenefors - Kiolen (k. Holden): 134 km.
Niedziela - 18.06.95 r. Kiloen - Askim - Krakstad - Kolbotn - Oslo: 144 km.
Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek - zwiedzanie Oslo i wycieczki rowerowe po okolicy.
Sobota i niedziela - wycieczka samochodowa nad Sognefiord.
Poniedziałek - 26.06.95 r. - podróż promem do Danii.
Wtorek - 27.06.95 r. - Frederikshavn - Hals - Hadsund: 120 km.
Środa - 28.06.95 R. - Hadsund - Randers - Ronde - Ebeltoft - prom na Zelandię - Overby: 115 km.
Czwartek - 29.06.95 r. - Overby - Hundested - Farum (koło Kopenhagi): 90 km.
Piątek - 30.06.95 r. - Farum - Kopenhaga (zwiedzanie Kopenhagi) - Dragor - prom do Malmo - zwiedzanie Malmo.
Z piątku na sobotę Malmo - prom ("Nieborów") - Świnoujście.
Sobota - 1.07.95 r. - podróż pociągiem do Jeleniej Góry.



Inne wyprawy >>>